"Twoja pasja stała się twoją pracą? Napisz nam jak udało Ci się osiągnąć sukces.". Miałem napisać o czymś innym, ale te zdania mnie urzekły. I jak to zwykle często u mnie bywa, myśli popłynęły w innym kierunku. Ale jak to kiedyś ktoś mądrze powiedział "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia". I coś w tym jest.
"Twoja pasja stała się twoją pracą? Napisz nam jak udało Ci się osiągnąć sukces.". Miałem napisać o czymś innym, ale te zdania mnie urzekły. I jak to zwykle często u mnie bywa, myśli popłynęły w innym kierunku. Ale jak to kiedyś ktoś mądrze powiedział "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia". I coś w tym jest.
Uruchomienie działalności gospodarczej w aktualnej sytuacji nie stanowi zwykle większego problemu. Pomijam tutaj rodzaje działalności wymagające szczególnych uprawnień bądź koncesji (jak chociażby sprzedaż alkoholu). Niemniej z technicznego punktu widzenia sprowadza się to do odwiedzenia kilku urzędów, złożenia paru wniosków, wniesieniu opłat tam gdzie to jest wymagane i możemy działać. Wiem, że jest to przerysowanie i uproszczenie, ale taka jest rzeczywistość w tzw telegraficznym skrócie. I to by była kwestia formalna.
Większym wyzwaniem jest zgromadzenie środków na jej rozpoczęcie. Szczególnie, jeśli działalność wymaga na wstępnym etapie sporych inwestycji. I tutaj zaczynają się rzeczywiste problemy związane z zakupem środków trwałych, wyposażenia, zatowarowaniem etc.. Ale to dopiero początek. Jeśli uda nam się uporać z tak "błachym" problemem, to pozostaje jeszcze kwestia kosztów stałych, które musimy uwzględnić, aby przetrwać pierwsze miesiące, kiedy sprzedaż nie będzie pokrywała kosztów utrzymania się na rynku. Do takich kosztów, w zależności od rodzaju działalności, zaliczyć można m. in. ZUS (płacimy niezależnie od tego czy coś sprzedaliśmy czy nie), koszt wynajmu i utrzymania lokalu, opłaty dla biura rachunkowego. Koszty stałe, na które zwykle na samym początku nas nie stać, bo nie posiadamy jeszcze odpowiedniego poziomu sprzedaży.
Patrząc na powyższe, jeśli przez to wszystko przebrniemy i utrzymamy się na rynku pierwsze sześć miesięcy, to osiągniemy pierwszy "sukces".
Ale tak na dobrą sprawę z każdym dniem i z każdym miesiącem rozbijaja się nasze wyobrażenie o tym, jak to miało wyglądać z tym, co mamy na codzień. Okazuje się, że to co motywowało nas i nakręcało do działania, kiedy pasja nie była "pracą", nagle zaczyna nam ciążyć. Te wszystkie biurokratyczne zawiłości, konieczność płacenia zusów, podatków, kosztów i całej masy rachunków tak nas czasami absorbują, że na "pracę" brakuje czasu i sił. Do tego, żeby było ciekawiej, w pewnym momencie dochodzimy do oczywistego wniosku, że "konkurujemy" z tzw szarą strefą. Co mam na myśli ? To proste. Kiedy w ramach pasji ktoś robi zdjęcia na imprezach okolicznościowych czy sesje dla przyjaciół i znajomych, to może nie posiada jakichś szczególnych umiejętności. Może nawet nie znać się na fotografii, ale ta osoba robi to albo za darmo, albo za grosze. Ktoś kto decyduje się z tego legalnie żyć, inwestuje w sprzęt, wiedzę, reklamę i w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że usług nie można świadczyć za darmo. Praca kosztuje. Za pracę należy się godne wynagrodzenie. Tymczasem konkuruje z osobami, które nie rejestrują działalności, nie płacą podatków, a czasami nawet zwyczajnie nie znają się na tym co robią, ale robią to za grosze nigdzie tego nie zgłaszając. I rynek się psuje zwyczajnie. Wiele osób w którymś momencie dochodzi do wniosku, że w ten sposób nie da się leganie funkcjonować i zamykają firmy wracając do szarej strefy.
Podałem tutaj akurat przykład fotografii, bo jest mi dobrze znany ten rynek i podobne przypadki. Wracając do pytania, od którego zacząłem ten wywód, uważam że sama zmiana polegająca na tym, że pasja staje się pracą, nie oznacza jeszcze sukcesu. Sukcesem jest wytrwać w tym postanowieniu, nie poddawać się, robić coraz to nowe i nowe rzeczy i poszukiwać rozwiązań, które pozwolą nam się dalej rozwijać. Fajnie jest żyć z tego co się lubi, ale ...
No właśnie. Zawsze jest jakieś ale. ... ale kiedy pasja staje się pracą, trzeba dać z siebie znacznie więcej niż tylko robić to co się lubi. W tym momencie do tego co lubimy robić, dochodzi cała masa rzeczy, których nie lubimy, a które zrobić musimy. Jeśli wykonujemy coś z sutaszu, który jest bardzo czasochłonną techniką, to nagle okazuje się, że musimy tego robić więcej, aby z tego żyć. Musimy uwzględnić w tym koszty, które wcześniej nie występowały i inaczej szukać nabywców. Musimy zarządzać samą/ym sobą i swoim czasem inaczej niż dotychczas. Trzeba podejmować czasami trudne decyzje dotyczące tego, co zapłacić w pierwszej kolejności. Jeśli ktoś jest introwertykiem i nie lubi kontaktów z ludźmi, to nagle trzeba będzie wyjść ze skorupy i z uśmiechem na buzi udać się do potencjalnych klientów, aby coś od nas kupili. I z uśmiechem na twarzy trzeba będzie wysłuchać po raz setny niejednokrotnie odmowy. I wtedy trzeba będzie zrobić coś nowego, innego i znowu pójść z uśmiechem na twarzy i zapytać się, czy to się podoba i ktoś nam za to zapłaci tyle, ile wg nas jest to warte.
Jeśli to wszystko przetrwamy i po roku nadal "pasja będzie naszą pracą", to wg mnie jest to zalążek tego, aby odnieść mierzalny "sukces". Jeśli się poddamy i zamkniemy firmę, to przyjdzie dół, szukanie jakiejkolwiek pracy (aby tylko była, bo z czegoś trzeba żyć), a do pasji możemy już nigdy nie wrócić. Tak jak moneta ma dwie strony, tak i tutaj też są dwie strony.
Powodzenia.